Ostatnio czytałam moim synom przed snem krótką książeczkę o przewrotnym tytule: “Nie chcę mieć kręconych włosów”. Bohaterka tej książki oznajmia: “Nie, to niesprawiedliwe. Bo po co mi loki?”. To zabawna opowieść o kochaniu tego, co mamy. A także o włosach, całej masie włosów.


I w sumie jej treść:  “Spójrz na te kręciołki, te pukle, sprężynki. Za duże, za gęste dla małej dziewczynki. Zanadto puszyste, kędziory, nie włosy! Wciąż wiją się, plączą i mam ich już dosyć!” [L. Anderson] skłoniła mnie do refleksji.

Przypomniałam sobie siebie sprzed wielu lat, jak jako licealistka (a potem studentka) wprost nie lubiłam swoich włosów. Tak jak bohaterka sądziłam, że “włos musi być prosty, gładki i nie może zahaczać o listki i kwiatki”. 🙂

Pamiętam, że nosiłam porankami i wieczorami czapkę, żeby włosy ugładzić, wyprostować, opanować……Nie umiałam sobie z nimi poradzić i to rzutowało na moją pewność i akceptację siebie. Zupełnie inaczej wyobrażałam sobie jak powinnam wyglądać i jaka powinnam być. A tu te fale, szopa, burza i mop na głowie….. 🙂

Minęło wiele lat i wiele rozmów z samą sobą. Wiele życzliwych słów innych osób, ale też moich do siebie samej. Wiele miłości własnej, akceptacji tego co jest i wypracowania całkiem niedawno postawy wdzięczności.

I proszę oto jestem  – dumna ze swoich włosów. Dumna z tego kim jestem i jak wyglądam. Akceptująca i wdzięczna za to, co mam. To jak wyglądam czyni mnie wyjątkową, to czyni mnie niepowtarzalną. 

– Nadal nieidealna. 

– Nadal z fryzurą, która przy odrobinie wilgoci zmienia się w siano na głowie- Nadal próbująca opanować ten chaos, który pod wpływem wiatru zmienia się w miotłę

– Nie wspominając już co się dzieje pod wpływem morskiej słonej wody….:)

Ale wiesz co, mimo, że istnieją już zabiegi fryzjerskie, które prostują i ugładzają włosy na kilka miesięcy….. to ja nie chcę ich zmieniać. Niech żyją sobie własnym życiem i niech będą takie, jakie są. Naturalne, trochę dzikie, nieujarzmione.

Bo w gruncie rzeczy są ok i dodają mi uroku. 

A poranki, gdy spoglądam w lustro i widzę szopę na głowie, uświadamiają mi, że nie mogę nad wszystkim mieć kontroli. A to przekonanie jakoś mnie tak uspokaja i dają większy dystans do życia 🙂

I Tobie życzę akceptacji tego co na głowie i nie tylko :):)