
Jak pewnie każdy, i ja przeszłam swój punkt zwrotny.
Pod koniec 2018 roku, w mojej ocenie, miałam wszystko: świetną pracę, cudowne dzieci, udany związek, ładny dom. Scenariusz na sukces.
Ale w środku czułam, że jadę na oparach. To nie był „Dzień Świstaka” z nudów. To był Dzień Świstaka na najwyższych obrotach. Moje życie było nieustannym wyścigiem: praca, dom, dzieci, obowiązki. Wszystko musiało być zrobione perfekcyjnie, na wczoraj.
Czułam, że ten „wysoko funkcjonujący” tryb ma swoją cenę, której nie dam rady płacić w nieskończoność. Wiedziałam, że potrzebuję zmiany, zanim mój wewnętrzny silnik się zatrze.
Postanowiłam zacząć od pracy – bo ten obszar wydawał mi się najbardziej obciążający. Rozpoczęłam mój własny proces coachingowy z pytaniem: „Co dalej z moim życiem zawodowym?”.
Odpowiedź, którą znalazłam, była zupełnie inna, niż się spodziewałam.
Nie przyszła ona jednak od razu. I zdecydowanie nie przyszła lekko.
Musiałam najpierw przekopać się przez warstwy moich starych blokad. Musiałam rozmontować schematy myślenia typu „muszę być twarda” i „odpocznę, jak skończę”, które budowałam przez całe dorosłe życie. To była walka z własnym ego i lękiem, że jeśli odpuszczę kontrolę choć na chwilę, wszystko się posypie.
Największe „odkrycie” procesu?
Zdałam sobie sprawę, że moja strategia życiowa polegała na dowożeniu wyników kosztem samej siebie. Obszary pracy i rodziny były zaopiekowane na 150%, ale na regenerację, pasje czy po prostu „bycie” nie zostawało już nic.
Zrozumiałam, że jako osoba z „szybkim mózgiem” nie potrzebuję zwolnić do zera. Potrzebuję nowego, mądrzejszego systemu zarządzania energią.
To był początek mojej transformacji. Nie rewolucji, ale strategicznej ewolucji:
Perfekcjonizm zamieniłam na skuteczność. W domu i w pracy przestałam dążyć do ideału. Nauczyłam się, że „zrobione” jest lepsze od „doskonałego”.
Regenerację potraktowałam jak zadanie. Sen, zdrowa dieta i ruch przestały być luksusem, a stały się niezbędnym paliwem dla mojej głowy.
Odzyskałam „tu i teraz”. Zamiast być myślami w trzech miejscach naraz, uczę się być w pełni obecna – czy to w pracy, czy z rodziną.
Nakarmilam swój mózg. Odkryłam, że moja potrzeba rozwoju i stymulacji to zasób. Audiobooki w biegu czy spontaniczne próbowanie nowych rzeczy to teraz mój sposób na „ładowanie baterii”, a nie kolejna presja.
To przemeblowanie nie sprawiło, że przestałam być ambitna czy dynamiczna. Sprawiło, że moje życie jest teraz zrównoważone. Nadal jest szybko, ale teraz to ja trzymam kierownicę, zamiast być pasażerem na dzikiej przejażdżce.

